Mały Wielki człowiek Thomas Berger
Rzadko trafia się na książkę, która potrafi tak bezczelnie i porywająco wywrócić do góry nogami wszystko, co wydawało mi się, że wiem o danym gatunku. Thomas Berger w Małym Wielkim Człowieku napisał potężną, epicką powieść, która z jednej strony jest genialną satyrą na mit Dzikiego Zachodu, a z drugiej – niezwykle głęboką, pełną słodko-gorzkiej mądrości opowieścią o poszukiwaniu własnego miejsca na ziemi.
Całość poznajemy z perspektywy stu sześćdziesięcioletniego Jacka Crabba, który twierdzi, że jest jedynym białym ocalałym z bitwy pod Little Bighorn. I tutaj zaczyna się jazda bez trzymanki. Historię czyta się z zapartym tchem, bo losy Jacka przypominają szalony rollercoaster: raz jest wychowywany przez Szejenów jako Mały Wielki Człowiek, by za chwilę wrócić do białej cywilizacji jako rewolwerowiec, oszust, zwiadowca, a wreszcie kanciarz. Podczas lektury co chwilę łapałem się na tym, jak kapitalnie Berger bawi się konwencją. Z wielkim wyczuciem kontrastuje dwa światy – duchową, mocno związaną z naturą godność Indian oraz pełną hipokryzji, chaotyczną i bezwzględną machinę amerykańskiego postępu.
To, co zostaje ze mną najmocniej po przewróceniu ostatniej strony, to poczucie, że w tej arcyzabawnej i momentami absurdalnej historii kryje się potężny ładunek smutku. Razem z bohaterem przeżywamy chwilę, w której jeden świat bezpowrotnie odchodzi, ustępując miejsca drugiemu – wcale nie lepszemu. Powieść Bergera nie daje prostych odpowiedzi i wymyka się łatwym ocenom. Nie ma tu czarno-białych bohaterów, są tylko ludzie rzucani przez wicher historii. Ta książka okazała się dla mnie genialną, absolutnie niezapomnianą przygodą literacką. Zostawia po sobie przemyślenia o ulotności ludzkiego losu i o tym, jak łatwo tworzymy mity, by uciec od prawdy o samych sobie.



Komentarze
Prześlij komentarz