Niebo w kolorze indygo. Chiny z dala od wielkiego miasta Anna Jaklewicz
„Niebo w kolorze indygo. Chiny z dala od wielkiego miasta” Anny Jaklewicz to książka, która totalnie wywróciła moje wyobrażenie o Chinach i z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że to jedna z ciekawszych pozycji w tym temacie, jakie czytałem w ostatnich latach.
Przyzwyczaiłem się do tego, że kiedy mówi się o Chinach, to mówi się o Pekinie, Szanghaju, drapaczach chmur, technologii i tłumach ludzi. A Jaklewicz robi dokładnie odwrotnie. Pakuje plecak i jedzie tam, gdzie nie dociera szybka kolej, gdzie nie ma neonów i gdzie czas płynie zupełnie inaczej. Do małych wiosek, na pogranicza, do ludzi, którzy żyją tak, jak żyli ich dziadkowie.
To, co mnie w tej książce urzekło najbardziej, to jej ogromny szacunek do spotkanych ludzi i brak tej typowej dla zachodnich podróżników wyższości. Autorka nie przyjeżdża, by oceniać, nie przyjeżdża, by pouczać. Ona słucha, obserwuje, próbuje zrozumieć. I dzięki temu dostajemy obraz Chin prawdziwy, a nie ten z folderów turystycznych. Są tu kobiety farbujące tkaniny na kolor indygo według stuletnich receptur, są starsi mężczyźni, którzy pamiętają jeszcze czasy wielkiego głodu, są dzieci, które pierwszy raz widzą białą osobę. Każda z tych historii jest mała, ale razem tworzą fascynującą mozaikę.
Jaklewicz pisze pięknie, bardzo obrazowo. Czuć zapach dymu z ogniska, smak gorącej herbaty pitej na zimnej podłodze, chłód poranka w górach. Tytułowe niebo w kolorze indygo nie jest tylko ładną metaforą, to realny kolor, który pojawia się w opisach tkanin, zachodów słońca i w oczach spotkanych ludzi. Widać, że autorka jest wrażliwa nie tylko na ludzi, ale też na kolory, dźwięki i detale.
Bardzo podobało mi się też to, że książka nie udaje, że autorka wszystko rozumie. Jest w niej dużo pokory i przyznania się do tego, że Chiny są tak ogromne i tak różne, że nie da się ich pojąć w jedną podróż. Nie ma tu łatwych podsumowań i gotowych recept na Chiny. Jest za to zapis spotkania dwóch światów, które czasem się dogadują, a czasem zupełnie mijają.
Jeśli ktoś chce zrozumieć Chiny poza wielkim miastem, chce poczuć ich wiejską duszę, zobaczyć, jak tradycja walczy z nowoczesnością gdzieś na dalekiej prowincji, to ta książka będzie idealna. Dla mnie była to podróż w najlepszym tego słowa znaczeniu – spokojna, mądra i zostająca w głowie na długo po zamknięciu ostatniej strony.



W podobny świat wprowadza Elżbieta Dzikowska. Ona również zachwyca się odległymi od chińskich metropolii prowincjami, gdzie zatrzymał się czas, ludzie żyją w zgodzie z naturą i zwyczajami swoich przodków, a kobiety suszą na wietrze tkaniny w kolorze indygo.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam :)
Struna
Dziękuję za komentarz :)
OdpowiedzUsuń