Wampir z Zagłębia Przemysław Semczuk
Sprawa Wampira z Zagłębia w latach siedemdziesiątych elektryzowała całą Polskę. Kobiety bały się po zmroku wychodzić z domu, a jeśli musiały wyjść, robiły to w otoczeniu najbliższej rodziny. Mimo tych środków bezpieczeństwa przez niemal dekadę mordercy udało się zaatakować i zabić 16 kobiet. Sprawa od początku budziła ogromne emocje, zwłaszcza że jedną z ofiar stała się bratanica Edwarda Gierka, ówczesnego I sekretarza KC PZPR.
Rozpoczęto więc zakrojoną na szeroką skalę akcję, mającą na celu schwytanie zwyrodnialca i postawienie go przed wymiarem sprawiedliwości. Wyznaczono ogromną nagrodę w wysokości miliona złotych, urządzano prowokacje – wszystko na nic. W 1972 roku ujęto sprawcę, którym okazał się Zdzisław Marchwicki, mieszkaniec okolic, w których dokonywano napadów.
Od początku procesu na jaw wychodziło wiele niejasności. Jakim cudem winny znalazł się tak szybko, gdy ofiarą została krewna prominentnej osoby, skoro przez tyle lat milicja nie potrafiła wpaść na najmarniejszy ślad sprawcy? Oskarżony, mimo że miał obrońców, z góry był winny. Prasa nie przedstawiała go jako podejrzanego, ale jako rzeczywistego sprawcę. Takich matactw było mnóstwo.
Współoskarżonymi w tym procesie byli m.in. również dwaj bracia Zdzisława, Henryk i Jan. W 1975 roku Zdzisława Marchwickiego uznano winnym wszystkich zarzucanych mu czynów i skazano go na śmierć. Wyrok wykonano. Godzinę po bracie powieszono również Jana, a Henryk dostał 25 lat. Zdzisław Marchwicki nigdy nie przyznał się do winy, a Henryk po odbyciu wyroku wiele lat domagał się kasacji wyroku, aż do 1997 roku, gdy zginął w wypadku, a śledztwo w tej sprawie umorzono.
W swojej książce autor wykorzystał olbrzymie ilości materiałów, które stworzono na potrzeby śledztwa, a potem procesu. Wykazał, że proces ten nosił wszelkie znamiona procesu pokazowego. Po prostu musiano kogoś skazać, a Marchwicki okazał się ofiarą systemu.



Komentarze
Prześlij komentarz