Długa Utopia Terry Pratchett, Stephen Baxter
„Długa Utopia” to czwarty tom cyklu „Długa Ziemia” Terry’ego Pratchetta i Stephena Baxtera i chyba właśnie tutaj najmocniej poczułem, czym tak naprawdę jest ten cykl. Nie jest to klasyczna seria science fiction nastawiona na nieustanną akcję, wielkie zwroty fabularne i bohaterów pędzących od jednej katastrofy do drugiej. To przede wszystkim ogromny eksperyment myślowy, próba odpowiedzi na pytanie, co stałoby się z ludzkością, gdyby nagle otrzymała dostęp do nieskończonej liczby alternatywnych Ziem. I choć „Długa Utopia” momentami potrafi być bardzo spokojna, a nawet odrobinę rozwlekła, właśnie ten niespieszny sposób prowadzenia opowieści ma w sobie coś, co bardzo lubię.
Najbardziej podoba mi się w tej książce poczucie przestrzeni. Długa Ziemia jest konceptem właściwie niewyczerpanym – za każdym kolejnym przejściem może czekać następny świat, następny krajobraz, następna możliwość. Ludzkość dostała coś, co teoretycznie powinno rozwiązać większość jej problemów: przestrzeń, której nie da się zagospodarować do końca. Nie trzeba walczyć o każdy kawałek ziemi, nie trzeba tłoczyć się na jednej planecie, można odejść dalej. A jednak autorzy po raz kolejny pokazują, że człowiek zabiera ze sobą wszędzie własną naturę. Można zmienić świat, ale znacznie trudniej zmienić samego człowieka.
Tytułowa utopia jest więc trochę przewrotna. Bo czym właściwie miałby być idealny świat? Miejscem bez wojen, głodu, przeludnienia i ograniczeń? Długie Ziemie dają ludziom możliwości, o jakich wcześniej mogli tylko marzyć, ale szybko okazuje się, że sama możliwość wyboru nie gwarantuje szczęścia. Można mieć przed sobą miliony światów i nadal nie wiedzieć, gdzie właściwie chce się być. To chyba jedna z rzeczy, które najbardziej zostały mi po tej książce – przekonanie, że nieskończona liczba możliwości wcale nie musi oznaczać nieskończonego szczęścia.
Bardzo dobrze wypada również wątek Lobsanga. Jego próba prowadzenia zwyczajnego życia, z dala od wielkich wydarzeń, jest jednym z ciekawszych elementów powieści właśnie dlatego, że sprowadza tę ogromną, kosmiczną historię do czegoś bardzo przyziemnego. Nagle zamiast superinteligencji i wielkich zagadek mamy dom, rodzinę, codzienność i próbę zbudowania sobie miejsca, które można nazwać własnym. I chyba właśnie w takich momentach najbardziej widać, że pod całą warstwą science fiction Pratchett i Baxter piszą również o bardzo zwyczajnych ludzkich potrzebach: potrzebie przynależności, bezpieczeństwa i posiadania kogoś, z kim można dzielić życie.
Z drugiej strony jest Joshua i jego poszukiwanie własnych korzeni. Ten fragment bardzo pasuje do całej idei Długiej Ziemi, bo kiedy można przemierzać niezliczone światy, można również zacząć zadawać pytania o własny początek. Joshua odkrywa historię swojej rodziny i nagle ta ogromna, niemal abstrakcyjna przestrzeń zaczyna mieć bardzo osobisty wymiar. Podoba mi się ten kontrast: z jednej strony mamy miliony alternatywnych Ziem, z drugiej – jednego człowieka próbującego zrozumieć, skąd właściwie pochodzi.
Nie oznacza to jednak, że „Długa Utopia” jest pozbawiona wad. Czasami miałem wrażenie, że autorzy mają zdecydowanie więcej pomysłów, niż potrzeba do jednej powieści. Poszczególne wątki nie zawsze płynnie się ze sobą łączą, a książka potrafi nagle zmienić kierunek i zainteresować się czymś zupełnie innym. Niektórym może przeszkadzać również to, że bohaterowie często służą przede wszystkim jako przewodnicy po kolejnych pomysłach autorów. Sam momentami chciałem, żeby historia trochę zwolniła z tym dokładaniem kolejnych koncepcji i pozwoliła mi po prostu pobyć z postaciami.
A jednak trudno mi mieć o to większe pretensje, bo właśnie ta rozrzutność wyobraźni jest jedną z największych zalet całego cyklu. Czytam „Długą Ziemię” nie tylko dla fabuły. Czytam ją również dla samej przyjemności zaglądania za kolejne drzwi i sprawdzania, co znajduje się po drugiej stronie. To trochę literatura podróżnicza, trochę science fiction, trochę filozoficzna opowieść o człowieku, a czasami niemal baśń o nieskończonym świecie.
Pratchett jest tutaj oczywiście obecny, ale nie jest to Pratchett, którego znamy ze Świata Dysku. Nie ma tej samej gęstości żartów, absurdów i charakterystycznego szaleństwa. Jego humor jest znacznie bardziej dyskretny, a całość ma w sobie coś spokojniejszego i bardziej melancholijnego. I chyba właśnie ta melancholia najbardziej pasuje do „Długiej Utopii”. To przecież powieść o świecie, który wydaje się nie mieć końca, a jednocześnie coraz wyraźniej zaczyna mówić o końcu pewnej epoki. Pod ogromną powierzchnią kolejnych światów i możliwości pojawia się świadomość, że nawet tak wielka przestrzeń ma swoje granice, a ludzkość nie może bez końca uciekać przed konsekwencjami własnych działań.
Lubię tę książkę właśnie za jej rozmach, ale jeszcze bardziej za to, że pod tym rozmachem kryje się coś zaskakująco smutnego. „Długa Utopia” mogłaby być opowieścią o absolutnej wolności. Zamiast tego staje się opowieścią o cenie wolności, o samotności, o poszukiwaniu własnego miejsca i o tym, że nawet w nieskończonym świecie pewnych rzeczy nie da się zostawić za sobą.
Nie jest to dla mnie najlepszy tom „Długiej Ziemi” pod względem czysto fabularnym i nie wszystko działa tutaj równie dobrze. Ale jest w tej powieści coś, co bardzo cenię – ogromna wyobraźnia połączona z refleksją, która nie narzuca się czytelnikowi. Autorzy nie próbują udowodnić jednej konkretnej tezy. Po prostu pokazują kolejne możliwości i pozwalają samemu zastanawiać się, co właściwie zrobilibyśmy, gdybyśmy naprawdę mogli przekroczyć granicę własnego świata.
I chyba właśnie dlatego „Długa Utopia” zostaje w głowie dłużej, niż można by się spodziewać po jej dość niespiesznym tempie. To nie jest książka, którą zapamiętuje się wyłącznie przez wydarzenia. Bardziej zapamiętuje się jej atmosferę – ogrom przestrzeni, kolejne nieznane światy, poczucie wolności, ale też cień niepokoju, który coraz mocniej pojawia się na horyzoncie. Jest w niej coś pięknego i trochę smutnego zarazem. A taki rodzaj science fiction zdecydowanie lubię.



Komentarze
Prześlij komentarz