Pewnego dnia David Levithan
David Levithan wrócił do świata znanego z Każdego dnia, ale tym razem postanowił opowiedzieć tę samą historię z zupełnie innej perspektywy – oczami Rhiannon. Muszę przyznać, że miałem spore obawy co do tego zabiegu, bo odgrzewanie tych samych wydarzeń często pachnie pójściem na łatwiznę i wyciąganiem pieniędzy od czytelników. Na szczęście autor uniknął prostej powtórki z rozrywki i zaoferował coś więcej niż tylko kalkę znanych już scen. Zamiast idealizować całą relację, dostajemy surowy i znacznie bardziej skomplikowany obraz dziewczyny, która próbuje ogarnąć logikę związku z kimś, kto codziennie rano ma inną twarz. Bardzo podobało mi się, że Levithan nie zrobił z Rhiannon pomnikowej bohaterki; jest w swoim zagubieniu do bólu ludzka, chwilami samolubna i po prostu zmęczona tą nierealną sytuacją. Patrzenie na A z zewnątrz pozwala wreszcie dostrzec, jak potężnym ciężarem dla drugiej strony jest brak jakiejkolwiek stabilności i fizycznej stałości. Powieść dobrze oddaje też toksyczność jej dotychczasowego związku z Justinem, co daje lepszy wgląd w to, dlaczego w ogóle dała się wciągnąć w tak absurdalną relację. Styl pozostaje lekki i potoczysty, dzięki czemu przez historię płynie się błyskawicznie, bez zbędnych przestojów. Nie da się jednak ukryć, że momentami pojawia się uczucie wtórności, kiedy po raz kolejny przeżywamy te same rozmowy i punkty zwrotne. Mimo tej niedogodności książka broni się jako udane dopełnienie pierwszego tomu, składając całość w spójny dyptyk. To solidna, dobrze napisana literatura młodzieżowa, która trzyma poziom, choć ameryki na nowo nie odkrywa. Zamiast taniego sentymentalizmu dostajemy całkiem przyzwoite, dojrzałe spojrzenie na granice elastyczności w relacji z drugim człowiekiem.



Komentarze
Prześlij komentarz