Posiadacz John Galsworthy Cykl: Saga rodu Forsyte'ów (tom 1)
„Posiadacz” Johna Galsworthy’ego to książka, którą skończyłem czytać chwilę temu, i muszę szczerze przyznać: nowobogacka klasa wyższa z przełomu wieków to był doprawdy wybitny gatunek ludzi. Zamykasz powieść i pierwsza myśl, jaka przychodzi ci do głowy, to głęboka ulga, że nie urodziłeś się w rodzinie Forsyte’ów. Po tej lekturze człowiek ma ochotę sprawdzić, czy własne meble, buty i pies nie próbują przypadkiem wnieść do sądu pozwu o prawo do prywatności, bo w świecie tej powieści wszystko – ale to absolutnie wszystko – jest czyjąś własnością.
Głównym bohaterem tego tomu jest Soames Forsyte, nazywany właśnie posiadaczem. Soames to człowiek, dla którego cały wszechświat dzieli się na rzeczy, które już kupił, oraz takie, które dopiero zamierza nabyć. Ma piękny dom, mnóstwo pieniędzy, obrazy znanych malarzy i wspaniałą żonę Irene. I tu zaczyna się cały problem. Bo o ile obrazy wiszą spokojnie na ścianach i nie zgłaszają żadnych pretensji, o tyle żywa kobieta okazuje się skrajnie niefunkcjonalnym meblem. Irene ma czelność posiadać własne uczucia, myśli i – co gorsza – brak jakiejkolwiek miłości do swojego męża. Dla kogoś takiego jak Soames to nie jest po prostu dramat sercowy. Dla niego to potężna awaria systemu i rażące naruszenie praw własności!
Żeby rozwiązać ten biznesowy kłopot, Soames wpada na genialny plan: wywiezie żonę z miasta i zamknie ją w pięknej, wielkiej wiejskiej rezydencji. Do zaprojektowania domu zatrudnia młodego, utalentowanego architekta Bosinneya. I w tym momencie historia nabiera niesamowitego tempa, bo architekt – zamiast po prostu rysować ściany i liczyć koszty – postanawia zakochać się w żonie swojego pracodawcy ze wzajemnością. Zamiast spokoju Soames otrzymuje więc najgorszy możliwy scenariusz: jego własność zaczyna wymykać mu się z rąk na rzecz gościa, który nie ma ani grosza przy duszy.
Samo podejście całej rodziny Forsyte’ów do życia jest po prostu kosmiczne i momentami niesamowicie zabawne. To wielka gwardia ciotek, wujków i kuzynów, którzy spotykają się na obiadach tylko po to, żeby oceniać swój stan majątkowy, obgadywać sąsiadów i pilnować, żeby nikt z krewnych nie zrobił czegoś zbyt biednego albo zbyt głupiego. Wszystko w ich życiu musi mieć swoją wycenę. Kiedy ktoś choruje, myśli o spadku. Kiedy ktoś się żeni, myśli o majątku. Kiedy ktoś umiera, cała rodzina z kalkulatorami w oczach przelicza wartość akcji i nieruchomości.
Galsworthy napisał tę historię niesamowicie lekko i z wielkim wyczuciem. Choć książka opowiada o poważnych sprawach, o ludzkiej niewoli, o sztucznym świecie i o tym, jak pieniądze potrafią zniszczyć każde uczucie, czyta się to bez żadnego znoju. Autor nie wali czytelnika po głowie trudnymi słowami ani długimi, nudnymi wywodami. Po prostu pokazuje nam ten cały nadęty świat z lekkim uśmiechem i pozwala, żebyśmy sami zobaczyli, jak bardzo ci dumni i bogaci ludzie są w rzeczywistości biedni i zagubieni.
Powieść zostawia czytelnika z bardzo prostym, ale mocnym wnioskiem. Pieniądze i majątek są super, ale jeśli próbujesz kupić za nie ludzkie serce, to skończysz dokładnie tak jak Soames – z wielkim domem, pełnym portfelem i ogromną, głęboką pustką w środku. Jeśli szukacie książki, która wciąga od pierwszej strony, ma świetnie napisanych bohaterów i w niesamowicie sprytny sposób wyśmiewa ludzką chciwość, „Posiadacz” będzie strzałem w dziesiątkę. Tylko uważajcie, żeby po przeczytaniu nie zacząć przeliczać swoich znajomych na gotówkę!



Komentarze
Prześlij komentarz