Gwiazdy jak pył, Prądy przestrzeni Isaak Asimov

 





„Gwiazdy jak pył” i „Prądy przestrzeni” Isaaca Asimova to dwie książki, które przeczytałem jedna po drugiej i które przypomniały mi, za co pokochałem klasyczną fantastykę naukową w starym stylu.

To nie jest jeszcze ten Asimov z „Fundacji”, pełen psychohistorii i wielkich idei, ani ten z robotów, pełen praw robotyki. To Asimov młody, piszący rasowe powieści przygodowe, które dzieją się w czasach młodego Imperium Galaktycznego. I czuć tu tę młodzieńczą energię i frajdę z opowiadania historii.


„Gwiazdy jak pył” to dla mnie przede wszystkim świetna powieść detektywistyczno-sensacyjna. Mamy młodego chłopaka Birona Farilla, który z dnia na dzień traci wszystko, bo jego ojciec zostaje zamordowany przez Tyranów. Z idealistycznego studenta staje się ściganym buntownikiem, który musi odkryć, czym jest tajemniczy świat Rebeliantów. Jest tu wszystko, co kocham w starych space operach: pościgi statkami przez całą Galaktykę, tajne bazy na nieznanych planetach, zdrajcy na pokładzie i wielka polityka w tle. Asimov buduje napięcie bardzo prosto, ale skutecznie. Co chwilę okazuje się, że ktoś nie jest tym, za kogo się podawał, i ta gra pozorów trzyma do samego końca.


„Prądy przestrzeni” są moim zdaniem jeszcze lepsze i dojrzalsze. Pomysł na planetę Florinę, jedyne miejsce we wszechświecie, gdzie rośnie kyrt, najcenniejsza roślina dająca niewyobrażalne bogactwo, a jednocześnie planeta wyzyskiwana do granic możliwości, jest genialny w swojej prostocie. To czysta metafora kolonializmu przeniesiona w kosmos. Mamy panów z Sarku, którzy żyją w luksusie, i Florjan, którzy harują na polach. W to wszystko wplątany jest Rik, człowiek, który stracił pamięć i który jako jedyny wie, że Florinie grozi zagłada. Podobało mi się, jak Asimov z pozornie prostej historii o wyzysku zrobił thriller o zagładzie całej planety.


Obie książki łączy to, że są bardzo ludzkie. Nie ma tu wielkich bitew kosmicznych na tysiące statków. Jest polityka, ekonomia, strach zwykłych ludzi i odwaga jednostek. Widać już zalążki tego, co później rozwinie się w „Fundację”, czyli pomysł, że Galaktyką rządzą nie bohaterowie, tylko procesy historyczne i ekonomiczne.


Dla kogoś, kto zna tylko późnego Asimova, te dwie powieści mogą być zaskoczeniem, bo są bardziej przygodowe, szybsze, czasem naiwne. Ale ja bawiłem się przy nich znakomicie. Mają w sobie ten niepowtarzalny urok fantastyki z lat pięćdziesiątych, kiedy kosmos wydawał się wielką, nieznaną przygodą czekającą tuż za rogiem. Idealne książki na oderwanie się i na przypomnienie sobie, jak smakuje czysta, nieskrępowana wyobraźnia.


Komentarze

Popularne posty