Brzdące z Troy Arleston Christophe Tarquin Didier
„Brzdące z Troy” to taki sympatyczny, nieco prostszy i trochę niepoważny, ale mający cały zadziorny urok pierwowzoru dodatek, który śmiało można postawić obok takich podserii, jak „Trolle z Troy”. I nie odczytujcie tu słowa „zinfantylizowany” w sposób pejoratywny, bo nie o to mi chodzi. Ja wiem, rozumiem sens i znaczenie, ale tu nie pasują hasła pokroju „ułagodzone” czy coś w ten deseń. To po prostu stare dobre przygody, ale w wersji, gdzie widać pewną niedojrzałość etc., ale o to właśnie chodzi. Tak ma być. I tak jest znakomicie.
Więcej tu komedii, niż akcji i to do serii pasuje. Główny cykl stał akcją, erotyką i niewybrednymi żartami. Tu wiek docelowego odbiorcy został obniżony, podobnie jak i wiek samych postaci, więc niektóre rzeczy musiały wypaść, a całość zmienić charakter. A jednak wciąż to ten sam stary, dobry „Lanfeust”, którego kochamy od równo ćwierć wieku. Tak, tak, pierwszy album z jego przygodami po polsku wyszedł w roku 2001, a choć seria swoimi korzeniami sięga wczesnych lat 90. XX wieku, nic nie straciła na swojej atrakcyjności. I widać, że te postacie i schematy fajnie odnajdują się w różnych formach i w nowych czasach.
Przeuroczo to zilustrowane, świetnie wydane, wypada, jak zawsze znakomicie. Ten zbiorczy tom pięknie wygląda na półce, ale i równie pięknie dopełnia kolekcji. Czy by po niego sięgnąć trzeba znać główny cykl? Absolutnie nie, bo to taka rzecz, jak „Falnfeusta”, jak „Navis” dla „Armady” – samodzielne, zamknięte i idealne dla nowych odbiorców. Ale i znakomite dopełnienie kultowego cyklu. Czego chcieć więcej?





Komentarze
Prześlij komentarz