A jak Andromeda Fred Hoyle John Elliot
„A jak Andromeda” Freda Hoyle’a i Johna Elliota to jedna z tych powieści science fiction, które udowadniają, że do stworzenia świetnej historii nie są potrzebne kosmiczne bitwy ani widowiskowa akcja. Autorzy skupiają się przede wszystkim na ludziach i ich reakcjach na coś, czego nie potrafią zrozumieć. To właśnie zderzenie ludzkiej ciekawości z nieznanym buduje największe napięcie tej książki.
Historia rozpoczyna się od odebrania tajemniczego sygnału radiowego z kierunku galaktyki Andromedy. Początkowo wydaje się on jedynie naukową zagadką, jednak szybko okazuje się, że zawiera instrukcję budowy niezwykle zaawansowanego komputera, a później także żywego organizmu. Od tego momentu powieść staje się czymś więcej niż klasyczną fantastyką naukową. To opowieść o odpowiedzialności za wiedzę i o tym, jak łatwo może ona stać się narzędziem walki o władzę.
Najbardziej zainteresowała mnie postać Johna Fleminga. Nie jest to bohater, którego od razu można polubić. To człowiek bardzo inteligentny, ale jednocześnie nieufny, zamknięty w sobie i często kierujący się własnymi obawami. W miarę rozwoju wydarzeń coraz lepiej rozumiałem jego zachowanie. Sam zacząłem zadawać sobie pytanie, czy sygnał z Andromedy rzeczywiście jest próbą nawiązania kontaktu, czy może od początku stanowi element planu, którego ludzie nie są w stanie pojąć.
Interesująco wypada również sama Andromeda – istota stworzona według instrukcji otrzymanej z kosmosu. Trudno jednoznacznie ją ocenić. Z jednej strony imponuje swoją inteligencją i możliwościami, z drugiej budzi wyraźny niepokój. Nie dlatego, że jest z natury zła, ale dlatego, że pozostaje całkowicie obojętna wobec ludzkich emocji i sposobu myślenia. Równie ciekawe jest to, jak różne środowiska próbują ją wykorzystać. Dla wojskowych staje się potencjalną bronią, dla polityków szansą na zdobycie przewagi, a dla naukowców przełomowym odkryciem. Niewielu jednak zastanawia się, czy naprawdę rozumieją, z czym mają do czynienia.
Ogromnym atutem powieści jest jej klimat. Akcja rozgrywa się w odizolowanym szkockim obserwatorium, a zimnowojenna atmosfera nieufności i ciągłego napięcia doskonale współgra z rozwijającą się historią. Autorzy nie spieszą się z prowadzeniem fabuły. Zamiast efektownych scen akcji stawiają na dialogi, naukowe rozważania i stopniowe odkrywanie kolejnych elementów zagadki. Dzięki temu całość wydaje się wyjątkowo wiarygodna. Widać również doświadczenie Freda Hoyle’a jako astrofizyka – naukowe aspekty historii są przedstawione w przekonujący sposób i stanowią naturalną część opowieści.
Po zakończeniu lektury najbardziej zostało mi w pamięci pytanie o to, czy największym zagrożeniem rzeczywiście jest obca cywilizacja. Im dłużej o tym myślałem, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że autorzy wskazują przede wszystkim na ludzkie słabości – chciwość, żądzę władzy i przekonanie, że potrafimy kontrolować wszystko, co odkrywamy. To właśnie one wydają się znacznie groźniejsze niż sam sygnał z Andromedy.
„A jak Andromeda” to klasyczna powieść science fiction, która mimo upływu lat wciąż potrafi zainteresować. Nie zachwyca rozmachem ani widowiskową akcją, ale nadrabia to atmosferą, ciekawymi pomysłami i pytaniami, które pozostają z czytelnikiem jeszcze długo po zakończeniu lektury. To książka dla osób ceniących inteligentną fantastykę naukową, w której najważniejsze są nie efekty, lecz idee.



Komentarze
Prześlij komentarz