Morderstwo odbędzie się... Agatha Christie
„Morderstwo odbędzie się...” Agathy Christie to książka, po którą sięgnąłem dosłownie przed chwilą, zamykając okładkę z lekkim ukłuciem zazdrości wobec mieszkańców Chipping Cleghorn. Zamykasz książkę i pierwsze, co przychodzi ci do głowy, to stwierdzenie, że dzisiejsze miejscowe gazetki są potwornie nudne. Kiedyś w rubryce drobnych ogłoszeń można było znaleźć zapowiedź zabójstwa z podaną dokładną godziną i adresem, a dziś człowiek może co najwyżej poczytać o sprzedaży używanej kosiarki albo o zagubionym kocie. Prawdziwy obyczaj angielskiej prowincji wyraźnie upadł.
Sam pomysł wyjściowy jest całkiem genialny i cudownie wyśmiewa angielską powściągliwość. Kiedy w miejscowej gazecie pojawia się zawiadomienie, że w piątek o godzinie osiemnastej trzydzieści w dworku Little Paddocks odbędzie się morderstwo, co robią sąsiedzi? Nie dzwonią na policję. Nie barykadują się w domach. Oczywiście, że idą tam na herbatkę. Przecież głupio byłoby przegapić takie widowisko, a poza tym gospodyni, panna Blacklock, robi świetne wypieki. Towarzyskie przyzwyczajenia angielskiej prowincji okazują się silniejsze niż zwykły odruch samozachowawczy. Zamiast popłochu mamy więc jarmark sztucznych uśmiechów, ukradkowych spojrzeń na zegarek i udawania, że to tylko taka zabawna gra towarzyska. Do chwili, gdy gasną światła, padają strzały, a na dywanie naprawdę pojawiają się zwłoki.
Wtedy do działania wkracza panna Jane Marple i to jest chwila, w której człowiek zaczyna się zastanawiać, czy ta urocza staruszka nie jest najgroźniejszą istotą w promieniu stu mil. Panna Marple robi w tej powieści to, co potrafi najlepiej: dzierga na drutach, podlewa rośliny, gubi kłębki włóczki i sprawia wrażenie, jakby myślała głównie o tym, co zje na obiad. Ale pod tą powierzchownością słodkiej babuni kryje się umysł sprawniejszy niż cała angielska policja razem wzięta. Wystarczy, że porówna miejscowego podejrzanego do pana Simmonsa, który w tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym czwartym roku ukradł z kościelnej kasy trzy pensy, i od razu wie, kto zabił. Kunszt tej postaci polega na tym, że nikt jej nie docenia, a ona wykorzystuje to spokojnie i bezlitośnie. Inspektor Craddock próbuje prowadzić porządne śledztwo, rysuje rozkład pokoju i przesłuchuje świadków, podczas gdy panna Marple po prostu słucha wiejskich plotek i składa wszystko w całość.
Co zachwyca mnie w tej opowieści najbardziej, to nastrój chłodnego, nieco zgryźliwego angielskiego żartu. Christie doskonale punktuje małomiasteczkową obłudę. Każdy w tej wsi ma coś do ukrycia, każdy udaje kogoś innego, a pojęcie sąsiedzkiej życzliwości kończy się dokładnie tam, gdzie zaczyna się ciekawość cudzego majątku. Wszyscy są przeraźliwie uprzejmi, podając sobie ciasteczka, i jednocześnie w myślach wyliczają, które z obecnych w pokoju osób mogłoby bez mrugnięcia okiem wpakować kulkę w plecy gospodyni.
Główna zagadka kryminalna jest zbudowana mistrzowsko. Przyznam szczerze, że w pewnym momencie miałem swoje typy i byłem zupełnie przekonany, że rozgryzłem intrygę na sto stron przed końcem. Christie jednak po raz kolejny zrobiła ze mnie naiwniaka. Wszystkie podpowiedzi były podane na tacy, dosłownie przed moim nosem, a i tak dałem się wywieść w pole. To niesamowite, jak pisarka potrafi odwrócić uwagę czytelnika jednym drobnym szczegółem, sprawiając, że skupiamy się na zupełnie niewłaściwej osobie.
Po przeczytaniu tej powieści mam tylko dwa wnioski. Po pierwsze, dawne wzorce powieści kryminalnej wciąż biją na głowę dzisiejsze, mroczne dreszczowce, które próbują szokować okrucieństwem, zamiast zaoferować czytelnikowi dobrą łamigłówkę. Po drugie, jeśli kiedykolwiek dostanę zaproszenie na poczęstunek z dopiskiem, że w bawialni odbędzie się zabójstwo, z pewnością zostanę w domu. Chyba że na miejscu będzie panna Marple, wtedy wezmę ze sobą własną herbatę i będę z bezpiecznej odległości patrzył, jak ta genialna staruszka rozbija w pył kolejnego mordercę. To po prostu wyśmienita, niezwykle wciągająca lektura na jeden wieczór.



Komentarze
Prześlij komentarz