Bazyliszek Graham Masterton

 



Graham Masterton to pisarz, do którego twórczości wracam od czasu do czasu z czystego sentymentu i znajomości jego specyficznego, niezwykle plastycznego stylu. Doskonale wiem, czego po brytyjskim mistrzu grozy można się spodziewać. Przez lata przyzwyczaił mnie do udanego łączenia słowiańskich czy egipskich mitologii z bezwzględnym, współczesnym horrorem, w którym krew leje się gęsto, a obrzydliwości przeplatają się z erotyką. Powieść „Bazyliszek” wpisuje się w ten doskonale znany schemat, choć jednocześnie dostarcza wrażeń mocno specyficznych i wywołuje we mnie dość mieszane uczucia.

Fabuła opiera się na prostym, ale niesamowicie chwytliwym pomyśle wyjściowym. Autor postanowił wziąć na warsztat legendę o motywie doskonale znanym w naszej rodzimej popkulturze, czyli o mitycznym stworze, którego spojrzenie potrafi zmienić człowieka w kamień. Przenosimy się jednak w głąb wiejskiej, surowej i chłodnej Ameryki, gdzie w małej społeczności zaczynają dziać się rzeczy przerażające i trudne do racjonalnego wytłumaczenia. Ludzie giną w straszliwych okolicznościach, a ich ciała zastygają w pozycjach przypominających przerażające, kamienne rzeźby. Na scenę wkracza bohater zmuszony do podjęcia nierównej walki z potęgą, która wykracza poza granice ludzkiego rozumu.

Początek tej historii uderzył we mnie bardzo pozytywnie. Pisarz po raz kolejny udowodnił, że potrafi budować klimat osamotnienia, zagrożenia i dusznej, małomiasteczkowej atmosfery. Opisy pierwszych ataków potwora są dokładnie takie, jakich oczekiwałem: mięsiste, pełne brutalności i obrazowego przedstawienia ludzkiego cierpienia. Sposób, w jaki pisarz opisuje proces zamieniania ciała w bezduszną, mineralną skałę, potrafi wywołać na plecach bardzo przyjemny dreszcz niepokoju. Czułem w tych pierwszych rozdziałach duszny ciężar, który zawsze tak bardzo ceniłem w klasycznych powieściach grozy z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych.

Im dalej jednak zagłębiałem się w tę opowieść, tym wyraźniej dostrzegałem pewne ograniczenia i utarte schematy, od których autor niestety nie potrafił albo nie chciał uciec. Konstrukcja bohaterów pozostawia sporo do życzenia. Postaci bywają schematyczne, ich decyzje momentami pozbawione są głębszego sensu, a relacje między nimi rozwijają się w sposób potwornie pretekstowy. Wątek erotyczny, będący niemal znakiem rozpoznawczym tego pisarza, tym razem wydał mi się wrzucony nieco na siłę, jakby autor odhaczał obowiązkowy punkt na liście kontrolnej tworzenia horroru. Zamiast budować napięcie czy dodawać opowieści pikanterii, pewne sceny po prostu odciągały moją uwagę od głównego wątku zagrożenia.

Samo wyjaśnienie natury potwora oraz sposób, w jaki protagonista próbuje stawić mu czoła, również z czasem traci swoją początkową dynamikę. Autor ma tendencję do popadania w lekki absurd i chociaż w wielu jego wcześniejszych książkach ten brak hamulców wychodził na dobre, to w tym konkretnym przypadku odniosłem wrażenie pewnej wtórności. Miałem przemożne uczucie, że czytałem już niemal identyczne rozwiązanie akcji w innych jego utworach, tyle że z udziałem innego mitycznego stwora.

Nie zmienia to jednak faktu, że książkę pochłania się błyskawicznie. Styl pisarza pozostaje niezwykle lekki, plastyczny i filmowy. Kiedy podchodzi się do tej książki bez wygórowanych oczekiwań, traktując ją jako czystą, pozbawioną głębszych pretensji rozrywkę na jeden lub dwa wieczory, potrafi dać sporo prostej radości. To sprawnie skrojony, makabryczny straszak, który przypomina, dlaczego brytyjski twórca przez lata utrzymał pozycję jednego z najbardziej rozpoznawalnych pisarzy grozy na świecie. Dostałem dokładnie to, za co zapłaciłem: krwawy, nieco tandetny, ale bez wątpienia wciągający horror z mitycznym stworem w roli głównej. Na uwagę zasługuje także klimatyczne wydanie z barwionymi brzegami, w twardej oprawie.


Komentarze

Popularne posty