Kolonia. Nowe wieki ciemne. Tom 1 Max Kidruk
„Kolonia. Nowe wieki ciemne”. Tom 1 Maksa Kidruka to dzieło monumentalne, po które sięgnąłem z potężnymi oczekiwaniami, wywołanymi niemal powszechnym zachwytem w recenzjach. Po zamknięciu tej potężnej cegły muszę przyznać uczciwie: nie wszystko w tej książce jest tak idealne, jak pisze o tym większość entuzjastycznie nastawionych czytelników, ale ogromna większość zaprezentowanej tu historii wypada po prostu rewelacyjnie.
Ukraiński autor serwuje nam rozbudowane hard science fiction najwyższej próby, połączone z dusznym thrillerem politycznym i socjologicznym. Przenosimy się do roku 2141. Ludzkość zdołała skolonizować Marsa, tworząc tam osady i próbując budować nową cywilizację, podczas gdy Ziemia powoli pogrąża się w kryzysach ekologicznych, pandemii i napięciach geopolitycznych. Czerwona Planeta nie jest jednak obiecaną utopią ani bezpiecznym schronieniem. To surowe, bezwzględne miejsce, w którym ludzkie grzechy, chciwość i skłonność do podziałów zostały po prostu zapakowane w rakiety i przetransportowane miliony kilometrów od macierzystej planety.
Zacznę od tego, co w tej powieści zachwyciło mnie najbardziej i co stanowi o jej niewątpliwej sile. Kidruk wykonał wręcz obłędną pracę konceptualną i naukową. Świat przedstawiony jest porażająco wiarygodny. Zaplecze technologiczne, opisy funkcjonowania marsjańskich baz, wyzwania związane z atmosferą, grawitacją czy medycyną zostały dopracowane z dbałością o najmniejszy szczegół. Autor nie lukruje podboju kosmosu; pokazuje brutalny pragmatyzm, skomplikowane procesy technologiczne i ekonomiczne zależności. Mars w jego wydaniu jest chłodny, duszny i nieustannie niebezpieczny. Napięcie społeczne budowane jest po mistrzowsku: narastający konflikt między Ziemianami a pierwszym pokoleniem ludzi urodzonych na Marsie to bezwzględna, fascynująca metafora historycznych procesów kolonialnych.
Świetnie wypadają również pojedyncze, dynamiczne wątki sensacyjne oraz rozmach, z jakim pisarz prowadzi wielowarstwową intrygę. Kiedy akcja przyspiesza, a bohaterowie zmuszeni są do walki o przetrwanie w skrajnie wrogim środowisku, od książki dosłownie nie sposób się oderwać.
Gdzie zatem leży ten zgrzyt i dlaczego nie potrafię dołączyć do bezkrytycznych zachwytów? Przede wszystkim książka potężnie cierpi z powodu swojej objętości i momentami potwornego przeładowania. Kidruk wprowadza na scenę ogromną liczbę postaci, z których część okazuje się zaledwie statystami, a ich wątki rozmywają główną oś fabularną. Pierwsze kilkaset stron bywa miejscami znojne – autor ma ogromną tendencję do zasypywania czytelnika szczegółowymi wykładami naukowymi, encyklopedycznymi wtrętami oraz rozbudowanym tłem pobocznym, co drastycznie hamuje tempo opowieści. Niektóre postacie są przy tym dość chłodne i wyprane z głębszych emocji, przez co trudno z nimi w pełni sympatyzować; sprawiają wrażenie pionków na wielkiej szachownicy konceptów autora.
Mimo tych zauważalnych mankamentów i chwilowych spadków tempa, całościowo Kolonia robi ogromne wrażenie. To bezkompromisowe, niesamowicie ambitne studium ludzkiej natury, które brutalnie przypomina, że bez względu na to, jak daleko polecimy i jak zaawansowaną technologią będziemy dysponować, zawsze zabierzemy ze sobą własne mroki i słabości.
Kidruk stworzył wizję mroczną, duszną i niezwykle przerażającą w swojej realności. Choć powieść wymaga od czytelnika cierpliwości i wybaczenia kilku przegadanych fragmentów, to rewelacyjny finał i rozmach całej konstrukcji sprawiają, że z niecierpliwością czeka się na kontynuację tej wstrząsającej wizji nowych wieków ciemnych.



Komentarze
Prześlij komentarz