Morderstwo na plebani Agatha Christie
„Morderstwo na plebanii” Agathy Christie to książka, którą odłożyłem na półkę, i muszę przyznać jedną rzecz: po tej lekturze mam strach wejść do jakiegokolwiek kościoła czy na plebanię, bo jeszcze ktoś tam w środku leży bez życia. Serio, człowiek myśli, że plebania to najspokojniejsze miejsce na świecie. Ksiądz pije herbatkę, podjada ciastka, czyta mądre księgi, a ludzie przychodzą tylko pogadać o pogodzie. A u Christie? Dzieją się tam rzeczy, przy których zwykłe wiejskie życie wygląda jak nudny film.
Wszystko zaczyna się od tego, że w małej, cichej wiosce żyje sobie pułkownik Protheroe. Jeśli mielibyśmy wybrać osobę, której nikt w okolicy nie lubi, to ten pan wygrywałby w każdym konkursie. Był tak czepialski, marudny i nieprzyjemny, że sam proboszcz w pewnym momencie wyparował z tekstem, że kto jak kto, ale śmierć tego pułkownika zrobiłaby światu dużą przysługę. I co się dzieje niedługo później? Pułkownik zostaje zastrzelony. I to gdzie? W gabinecie samego księdza, przy jego własnym biurku! Życie potrafi mieć naprawdę czarny humor.
W tym momencie zaczyna się prawdziwy cyrk, bo nagle okazuje się, że pół wsi miało ochotę tego pana wykończyć. Dosłownie każdy ma jakiś powód. Żona go nie cierpi, kochanek żony go nienawidzi, córka ma go dość, a sąsiedzi chętnie oddaliby ostatnie pieniądze, żeby tylko przestał marudzić. Co więcej, na policję zgłaszają się nagle aż dwie różne osoby i obie przysięgają, że to właśnie one zabiły! Normalnie policja musiałaby szukać sprawcy ze świecą, a tutaj podejrzani sami ustawiają się w kolejce i proszą o kajdanki. Polujący na mordercę policjanci są całkowicie zagubieni i nie mają pojęcia, komu wierzyć, bo wszystko się ze sobą gryzie.
I wtedy na scenie pojawia się ona – panna Jane Marple. To właśnie w tej książce po raz pierwszy widzimy tę słynną staruszkę w akcji i jest to wejście w wielkim stylu. Panna Marple wygląda jak najbardziej niegroźna babcia na świecie. Siedzi sobie w ogródku, obcina róże, podgląda sąsiadów przez lornetkę pod pretekstem obserwowania ptaków i robi na drutach sweterki. Ale nie dajcie się na to nabrać! Ta kobieta ma wzrok jastrzębia i umysł jak brzytwa. Zna ludzką naturę tak dobrze, że wie o mieszkańcach wsi więcej niż oni sami o sobie.
Podoba mi się w tej książce to, że nie ma tu skomplikowanych słów, trudnych pojęć ani trudnej technologii. Cała zagadka opiera się na zwykłych plotkach, podsłuchanych rozmowach, zepsutych zegarach i tym, kto o której godzinie szedł ścieżką obok kościoła. Człowiek czyta to i myśli sobie, że sam bez problemu zgadnie, kto zabił. Siedzisz ze szklanką soku, wskazujesz palcem na jednego bohatera i mówisz w duchu: „Ha! Mam cię, to na pewno ty!”. A potem dochodzisz do ostatnich stron, Agatha Christie robi jeden sprytny zwrot akcji i nagle zostajesz z otwartą buzią, bo okazało się, że dałeś się zrobić w balona jak małe dziecko.
Ta historia jest po prostu niesamowicie lekka, śmieszna i wciągająca. Małomiasteczkowe układy, przemiłe starsze panie, które w rzeczywistości są bardziej niebezpieczne niż agenci specjalni, i ten genialny brytyjski klimat tworzą mieszankę idealną. Jeśli ktoś szuka prostej, ale bardzo sprytnej książki na jeden lub dwa wieczory, to „Morderstwo na plebanii” sprawdzi się doskonale. Tylko uważajcie, jak następnym razem spotkacie uroczą babcię robiącą na drutach – istnieje spore prawdopodobieństwo, że ona już wie o waszych wszystkich sekrecikach!



Komentarze
Prześlij komentarz