Avengers. Niemożliwe miasto Jed MacKay C.F. Villa, Ivan Fiorelli
Avengers to jedna z tych drużyn Marvela, przy których zawsze mam pewien problem. Z jednej strony mamy bohaterów, których nikomu nie trzeba przedstawiać, wielkie nazwiska, ogromne możliwości i całe pokłady komiksowej historii. Z drugiej – właśnie przez to bardzo łatwo zrobić z Avengers zwyczajną naparzankę, w której kolejny wielki przeciwnik chce zniszczyć świat, a bohaterowie muszą mu w tym przeszkodzić. Dlatego do „Niemożliwego Miasta” podchodziłem z ciekawością, ale też z pewną ostrożnością.
MacKay nie próbuje udawać, że Avengers trzeba wymyślić od początku. Bierze to, co w tej drużynie najlepsze, czyli różnorodność bohaterów, ich charaktery i wzajemne relacje, a następnie wrzuca ich w historię, która jest… cóż, naprawdę niemożliwa. Mamy Kanga, mamy magię, Rycerzy Okrągłego Stołu, króla Artura, Lancelota, a do tego całe Popielne Przymierze i tytułowe Niemożliwe Miasto. Brzmi jak kompletny chaos? Trochę tak. I właśnie w tym tkwi jego urok.
Najbardziej podobało mi się to, że MacKay nie zapomina, iż Avengers są drużyną. Nie chodzi wyłącznie o to, kto mocniej przywali przeciwnikowi. Ważne jest również to, jak poszczególni bohaterowie funkcjonują obok siebie. Szczególnie dobrze wypadają relacje między Kapitan Marvel i Iron Manem. Jest między nimi odpowiednia dawka napięcia, humoru i zwyczajnego ścierania się charakterów. Dzięki temu bohaterowie nie są tylko kolorowymi figurkami przesuwanymi po planszy kolejnej wielkiej bitwy. A skoro o bitwach mowa – tutaj zdecydowanie jest na co popatrzeć. Rysunki C.F. Villi i Ivana Fiorellego bardzo dobrze pasują do tej historii. Jest dynamicznie, efektownie i momentami naprawdę widowiskowo. Avengers mają wyglądać jak największa drużyna superbohaterska Marvela i właśnie tak się tutaj prezentują.
Czy wszystko jest idealne? Nie. Momentami historia robi się tak napakowana pomysłami, że człowiek może mieć wrażenie, iż autor wrzuca do jednego garnka wszystko, co akurat przyszło mu do głowy. Ale paradoksalnie trudno mieć o to wielkie pretensje. To jest Marvel. Tu zawsze może pojawić się ktoś z przyszłości, rycerz w zbroi, czarodziej, kosmiczne miasto i jeszcze coś, czego nie potrafimy sensownie wyjaśnić. I chyba właśnie za tę możliwość lubię komiksy o Avengers.
„Niemożliwe Miasto” jest dla mnie przede wszystkim udanym początkiem nowej historii. Nie próbuje być na siłę przełomowe. Ma być dobrą, dużą, marvelowską przygodą i dokładnie tym jest. Po przeczytaniu pierwszego tomu mam ochotę sprawdzić, dokąd MacKay zamierza tę drużynę poprowadzić.
A czasami właśnie tego oczekuję od Avengers. Nie kolejnej historii, która będzie udowadniała, że komiks superbohaterski może zmienić moje życie. Chcę po prostu usiąść, otworzyć album i przez kilka godzin pobawić się tym całym szalonym światem. „Niemożliwe Miasto” daje mi właśnie taką możliwość. I chyba nie potrzebuję od Avengers niczego więcej.






Komentarze
Prześlij komentarz